SZKLANY KLOSZ



SZKLANY KLOSZ






Sylwia Plath powiedziała, że Dla człowieka siedzącego pod szklanym kloszem, znieczulonego na wszystko, zatrzymanego w rozwoju jak embrion w spirytusie, całe życie jest jednym wielkim, złym snem. Czy nie macie czasem wrażenia, że pod takim kloszem trzymamy naszych uczniów? Chronimy ich za bardzo, pomagamy za bardzo, za bardzo wyręczamy? Ta sprawa nurtuje mnie od dłuższego czasu. Czy dobry nauczyciel to ten, który organizuje uczniom dodatkowe zajęcia, prowadzi za rączkę do matury, powtarza, rozwiązuje z uczniami setki zadań, by się wyuczyli, organizuje, załatwia, biega jak chomik w kołowrotku, czy ten, który kwestię nauki pozostawia samym uczniom, podobnie jak kwestie organizacyjne. Kiedy o tym myślę, przypomina mi się pewna historia przedstawiona w książce J.Bucaya „Pozwól, że ci opowiem…bajki, które nauczyły mnie jak żyć”. Historia nosi tytuł „Warsztat stolarski siedem”.
Poza miastem znajdowało się ranczo z niewielką chałupą. Przednią jej część zajmował mały warsztat z narzędziami i kilkoma maszynami, następnie dwa pokoje, kuchnia i z tyłu skromna łazienka...Jednakże Joachim nie skarżył się. W ciągu ostatnich dwóch lat warsztat stolarski „Siedem” zrobił się znany w miasteczku na tyle, że Joachim spokojnie zarabiał na swoje utrzymanie, bez potrzeby sięgania po skromne oszczędności. Jak co dzień wstał o wpół do siódmej, aby podziwiać wschód słońca. Pomimo tego nie udało mu się dojść do jeziora. Po drodze, jakieś dwieście metrów od domu, prawie się potknął o sponiewieranego i rannego młodzieńca. Szybko uklęknął nad nim i przyłożył ucho do jego piersi... Delikatnie, jakby w oddali słychać było bicie serca, które walczyło jeszcze o resztę życia w tym brudnym ciele, cuchnącym krwią, brudem i alkoholem. Joachim przyprowadził wózek, na który załadował młodego człowieka. Po powrocie do domu położył go na swoim łóżku, rozciął wyświechtane ubranie, delikatnie umył go wodą z mydłem i przetarł alkoholem. Młodzieniec, poza tym, że był pijany, został brutalni pobity. Miał pocięte ręce i plecy, a prawą nogę złamaną. Przez następne dni życie Joachima skupiło się na zdrowiu tego nieproszonego gościa: leczył i bandażował jego rany, unieruchomił złamaną nogę i karmił go małymi łyżkami rosołu. Kiedy młodzieniec się obudził, ujrzał siedzącego przy nim Joachima, który przyglądał mu się z czułością i trwogą.- Jak się czujesz? – zapytał- Dobrze... myślę – odpowiedział młodzieniec, patrząc na swoje czyste i opatrzone ciało. – Kto mnie opatrzył?- Ja.- Dlaczego?- Dlatego, że byłeś ranny.- Tylko dlatego?- Nie, również dlatego, że potrzebuję pomocnika. I obydwaj się roześmiali...Manuel – bo tak mu było na imię – najedzony, wyspany i trzeźwy szybko odzyskiwał siły. Joachim starał się przyuczyć go do fachu, ale Manuel unikał pracy, jak tylko mógł. Wiele razy próbował wbić mu do tej zepsutej rozwiązłym życiem głowy zalety dobrej pracy, bycia dobrym człowiekiem i uczciwego życia. I wiele razy miał wrażenie, że Manuel rozumiał, ale dwie godziny, czy dwa dni później znowu zasypiał i zapominał o powierzonych obowiązkach. Minęło parę miesięcy i Manuel był już całkowicie wyleczony. Joachim zaoferował mu główny pokój, współudział w interesie i pierwsze miejsce w kolejce do kąpieli w zamian za jego obietnicę przyłożenia się do pracy. Pewnej nocy, kiedy Joachim już spał, Manuel pomyślał sobie, że sześć miesięcy abstynencji to wystarczająco dużo i że jeden kieliszek wina w miasteczku krzywdy mu nie zrobi. Na wypadek gdyby Joachim się obudził, zamknął od wewnątrz drzwi do swego pokoju, zostawiając na stole paląca się świeczkę dla zmylenia, i wyszedł z domu. Po pierwszym kieliszku przyszedł następny i jeszcze jeden i dużo więcej...Kiedy tak śpiewał z kompanami pijakami, obok baru przejechał wóz strażacki na sygnale. Manuel nawet nie skojarzył, co się dzieło, aż do świtu, gdy na chwiejnych nogach doszedł do domu i zobaczył zgromadzony na ulicy tłum...Tylko parę ścian, maszyn i kilka narzędzi uratowało się przed pożarem. Cała reszta spłonęła. Z Joachima zostały zaledwie cztery czy pięć osmalonych kości, które pochowano na cmentarzu pod kamienną płytą, na której Manuel kazał wygrawerować następujące epitafium: ZROBIĘ TO, JOACHIMIE, ZROBIĘ TO! Dzięki ciężkiej Manuelowi udało się odbudować warsztat stolarski. Był leniwy, ale zdolny i wszystko, czego nauczył się od Joachima, służyło mu w utrzymaniu interesu. Zawsze miał wrażenie, jakby Joachim z jakiegoś miejsca przyglądał mu się i dodawał otuchy. Manuel pamiętał o nim przy każdym ważnym zdarzeniu: ślub, narodziny pierwszego dziecka, kupno pierwszego samochodu...W odległości pięciuset kilometrów Joachim, zdrowy jak rydz, pytał samego siebie, czy wolno było kłamać i spalić tak ładny dom tylko po to, żeby uratować młodego człowieka. Sam odpowiedział sobie potwierdzająco na to pytanie, po czym roześmiał się na myśl o tym, jak to miejscowa policja nie potrafiła odróżnić wieprzowych kości od ludzkich...Jego nowy warsztat stolarski był skromniejszy od poprzedniego, ale już był znany w miasteczku. Nazywał się... WARSZTAT STOLARSKI „OSIEM”.
I jak wam się podoba ta historia? Czy gdyby Joachim został i pomagał Manuelowi, ten otworzyłby swój warsztat? A pamiętacie swoje szkolne czasy? Całkiem niedawno przeprowadzałam z uczniami wywiad do Gazety Młodych. Mieli zapytać swoich nauczycieli o ich wspomnienia z matury i wiecie, co opowiadali nauczyciele najczęściej? Otóż mówili, że nie mieli jakiejś specjalnej opieki, że nikt nie robił im dodatkowych zajęć. Nikt nie prowadził za rączkę. Nauczyciele zrobili swoje i… uczynili to, co Joachim. Patrzyli z boku, jak radziliśmy sobie z tym, co nam dali… Nie bądźmy więc zbyt toksyczni, bo efekt może być odwrotny… Hmmm Sama muszę się tego nauczyć…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

MOST NA RZECE NORUK - CZYLI SZTUKA NEGOCJACJI I KOMUNIKACJI.

Dylemat wagonika – czy Raskolnikow miał prawo zabić lichwiarkę?

Czy Antygona znalazłaby pracę w firmie, gdzie wymaga się działania zespołowego i zdolności negocjacyjnych?