Self – help junkie


Self – help junkie


   Coaching to moja pasja, ale już na studiach i różnych spotkaniach zauważyłam, że moje podejście do kwestii rozwojowych różni się od podejścia młodszego pokolenia. Nigdy nie zapomnę dziewczyny, która bezkrytycznie chłonęła coachingowy bełkot: „Bądź lepszą wersją siebie”, „Wyjdź ze swojej strefy komfortu”, „Wyznaczaj sobie cele”, „Twoje myśli stają się czynami”, „Zasługujesz na lepsze życie”, z wypiekami na twarzy opowiadała o tym, jak wpadła w trans na spotkaniu u sławnego coacha i wydawała każdy grosz na kolejne książki rozwojowe, planery i dzienniki coachingowe, które kosztowały krocie, choć niczym nie różniły się od zwyczajnych kalendarzy, które można było kupić w sieciówce za połowę ceny. Zwyczajnie wpadła w pułapkę zwaną głodem eventowym i była kimś w rodzaju rozwojowego ćpuna. Jej idole byli świetnymi marketingowcami i dilerami emocji, których potrzebowała. Dawali jej złudne poczucie, że udział w kolejnym szkoleniu czy konferencji zmieni jej życie na lepsze. Wystarczy kilka prostych technik,  jakieś karty metaforyczne, sznurek czy inna taśma przylepiona do podłogi, by dziewczyna uwierzyła, że to jej droga życia i że jak sobie coś ustali, to bezwzględnie to osiągnie. Problem w tym, że jej portfel nie robił się grubszy, bo kolejne eventy pochłaniały krocie, a ona była przekonana, że jak więcej wyda, tym lepszej jakości wskazówki otrzyma i w ciągu jednego weekendu będzie faktycznie lepszą wersją siebie. Niestety, zmiany nie nadchodziły, choć coach X mówił, że blokują ją jej ograniczające przekonania i wystarczy, że zmieni semantykę i popracuje nad dostępem do swoich emocji, a świat stanie przed nią otworem. Dziewczyna nie odróżniała już motywacji od manipulacji i wciąż miała złudne poczucie, że od owego cudownego świata dzieli ją tylko kilka kroków. Utwierdzali ją w tym jej guru, podsuwając kolejne propozycje szkoleń, warsztatów, eventów rozwojowych. Chodziła na nie, by odwrócić uwagę od zbliżającej się klęski. Podświadomość podpowiadała jej, że została oszukana, że doszła do ściany, a jedyną wartością dodaną był dość pokaźny regał z książkami rozwojowymi (niezbyt wysokich lotów).
Może gdyby sięgnęła po poważniejsze źródła, to dowiedziałaby się, że rozwój to długotrwały, a nie weekendowy proces. Może doczytałaby, że popadła w uzależnienie od emocji, które towarzyszą spotkaniom, że w jakiś sposób wypełniała pustkę, którą w sobie nosiła.
    Fanów rozwoju trudno przekonać, że refleksji nad sobą i swoim życiem może służyć nie konferencja czy event, ale zwykły spacer i że mózg nie może pracować 24 godziny na dobę nad rozwojem, bo będzie to traktował jak typową sytuację stresującą, przed którą będzie się bronił, a skutki będą dalekie od oczekiwań. Może warto dać sobie prawo do niedoskonałości, polubić i zaakceptować siebie. Może warto czasami działać spontanicznie i szukać prostych rozwiązań, zamiast zafiksowywać się na nieustannej pracy nad sobą. Pamiętajcie, że duchy spod łóżka znikają, gdy… odetnie się nogi od tegoż łóżka. Tylko wtedy uda nam się zdrowo zasnąć, zregenerować siły i podążyć własną ścieżką, ufając swojej intuicji i robiąc to, co lubimy. I nie wierzmy w te marketingowe opowieści pod tytułem „Od zera do bohatera”, bo nie znamy prawdziwego życia naszych rozwojowych idoli. Zabierzmy coś dla siebie, ale nie ufajmy ślepo... Życie to nie projekt...to dar.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

MOST NA RZECE NORUK - CZYLI SZTUKA NEGOCJACJI I KOMUNIKACJI.

Dylemat wagonika – czy Raskolnikow miał prawo zabić lichwiarkę?

Czy Antygona znalazłaby pracę w firmie, gdzie wymaga się działania zespołowego i zdolności negocjacyjnych?